Wysłaliśmy synowi pieniądze na czesne za studia, ale okazało się, że nie jest zapisany i mieszka w starej przyczepie kempingowej
Jason zawsze był najbardziej czarującym młodym mężczyzną. Miał same piątki i był kapitanem szkolnej drużyny koszykówki.

Rodzice pozostałych dzieci często mówili im: „Bądźcie bardziej jak Jason”. Zawsze był naszą dumą i radością.
Często mówił, że nie chce prowadzić firmy; chciał być bardziej podobny do mojego brata Toma – weterynarza i podróżnika, który nigdy nie osiadł na stałe.
Kiedy nadszedł czas, aby Jason poszedł na studia, przekonaliśmy go, aby wybrał kierunek związany z marketingiem i, choć trochę niechętnie, zgodził się.

Mój mąż i ja wydaliśmy dużo na czesne Jasona i koszty utrzymania. Biorąc pod uwagę, że był młodym mężczyzną, nigdy nie wątpiliśmy w jego postępy, gdy opowiadał, jak poszły mu egzaminy.
Pewnego dnia, prawie dwa lata po tym, jak zapisał się na studia, załatwiałem interesy w mieście, w którym studiował, więc postanowiłem zrobić mu niespodziankę.
Poszedłem na uniwersytet i zapytałem o jego akademik, ale kobieta w biurze rekrutacyjnym powiedziała mi, że nie ma tam studiującego Jasona Reeda. Poprosiłem ją, żeby sprawdziła jeszcze raz, ale odpowiedź była taka sama.

„Pani, czy jest pani pewna, że to właściwy uniwersytet?” zapytała, a ja tylko podziękowałam jej i wyszłam.
Zdezorientowana, a słowa kobiety odbijały się echem w mojej głowie, zadzwoniłam do syna i zapytałam, gdzie jest.
„Hej, mamo, jestem blisko kampusu, spotkajmy się na kawę niedaleko” – powiedział. Jego głos był spokojny, co jeszcze bardziej mnie zdezorientowało.
