URODZIŁAM, STRACIŁAM NOGĘ I WALCZYŁAM Z RAKIEM – WSZYSTKO W PÓŁ ROKU

URODZIŁAM, STRACIŁAM NOGĘ I WALCZYŁAM Z RAKIEM – WSZYSTKO W PÓŁ ROKU

Sześć miesięcy temu dekorowałam pokój dziecięcy i zastanawiałam się, czy pieluchy wielorazowe, czy jednorazowe. Nie wiedziałam, że całe moje życie wywróci się do góry nogami — dwa razy.

Wszystko zaczęło się od tępego bólu w udzie. Myślałam, że to związane z ciążą, może ucisk nerwu albo rwa kulszowa. Ale było gorzej. Po narodzinach mojej córki Liory, przetrwałam to, bo chciałam cieszyć się każdą chwilą z nią.

Ten zapach noworodka, te maleńkie paluszki — byłam nimi zauroczona. Ale ból stawał się coraz ostrzejszy. Pewnego ranka nie mogłam nawet znieść, żeby ją kołysać.

W końcu poszłam na skany. Lekarz przyszedł z taką twarzą. Tą, która mówi: „to nie będzie łatwe”. To była rzadka postać raka tkanek miękkich — agresywna i szybko się rozprzestrzeniająca.

Pamiętam, jak chwyciłam się krawędzi szpitalnego łóżka i pomyślałam: właśnie urodziłam dziecko. Nie mam czasu na raka.

Chemioterapia zaczęła się natychmiast. Moje mleko wyschło. Musiałam oddawać Liorę mamie przez większość nocy, ponieważ nie mogłam przestać wymiotować. Potem guz rozrósł się do kości udowej.

Powiedzieli, że amputacja da mi lepsze szanse. Podpisałam papiery bez płaczu — nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie żałował.

Obudziłam się po operacji z jedną nogą i górą poczucia winy. Nie mogłam nieść córki. Nie mogłam jej gonić, gdy nauczyła się raczkować. Nie mogłam założyć sukienki, którą kupiłam na ceremonię nadania jej imienia.