Proroczy sen

Proroczy sen

Łzy spływały po policzkach Antoniny Stiepanowny, gdy niemal biegła w stronę starego parku.

Tam, pod ławką, szczeniak i kociak wciąż siedzieli. Maluchy nie próbowały wychodzić z pudełka, tulone do siebie, jakby chciały się wzajemnie chronić przed ciepłem.

Antonina Stiepanowna śniła wtedy: siedziała nad lazurowym morzem, gdzie słońce ogrzewało jej skórę, i z pomocą ogromnej łyżki jadła pachnący bursztynowy miód.

Jej puszysty towarzysz, pręgowany kot Wasilij II, rozgościł się nieopodal, owijając łapkami jej nogi.

Kiedy się obudziła, nie mogła wyrzucić z głowy tego niesamowitego snu. Pilnie potrzebowała odkryć jego znaczenie.

Wszystkie znaki wskazywały na coś dobrego: radość, prezent, szczęście, a może znalezisko! Te myśli sprawiły, że swędział ją nos i lewa dłoń. Dokładnie!

Coś niezwykłego się szykuje i nie możemy się dziś obejść bez świętowania – w końcu wszystkie znaki wskazują na zysk!

Antonina Stiepanowna wierzyła w znaki od młodości. Wszystkie jej marzenia się spełniły, większość z nich niezbyt pomyślna, ale to było naprawdę wyjątkowe.

Po raz pierwszy od dawna wstała z łóżka z niezwykłą łatwością. Kot leniwie leżał za nią, mrucząc z niezadowolenia:

„Czemu się tak wcześnie denerwujesz?”

Antonina Stiepanowna chwyciła kota, który jeszcze się nie obudził, pocałowała go w pyszczek i promiennie powiedziała:

„Spodziewaj się zmian, Wasiliu, dziś w naszym życiu wydarzy się coś dobrego! Czemu jesteś taki ponury? Znów stałeś na złej nodze?”

„Łatwo ci” – pomyślała oburzona kotka. „Masz tylko dwie nogi. Wstawaj i idź. A ja mam cztery; spróbuj zgadnąć, na której się obudziłeś, i z tą jedną skończy się twój dzień?”

Właściwie kot nie zawsze był tak ważnym Wasilijem II. Początkowo właścicielka przygarnęła karła o imieniu Wasia, aby zemścić się na byłym mężu, Wasi.

Chciała go zbesztać, tak jak kiedyś zrobiła to jego żona, tym samym wyrazem twarzy:

„Wasiu, znowu coś kombinujesz? Masz, kapeć!”.

Ale wszystko potoczyło się inaczej. Ten pręgowany kot niskiego pochodzenia okazał się prawdziwym dżentelmenem. W porównaniu z nim Wasilij I, jej były mąż z intelektualnego środowiska, okazał się prawdziwym karierowiczem.

Kot był nie tylko grzeczny i zadbany, ale miał też charakter. Od tamtej pory nie wypadało nazywać go inaczej niż Wasilij Drugi.

Ale tu pojawia się problem: był tak rozpieszczony, że postrzegał swojego pana jedynie jako służącego. Tak jak jego imiennik, jej pierwszy mąż.

A potem z kuchni dobiegł oburzony głos:

„Czy zapomnieli podać carskie śniadanie?”

Antonina Stiepanowna szła ulicą – nie, dosłownie unosiła się nad ziemią, wiedziona przeczuciem.

A co, gdyby właśnie w tym momencie… zatrzymała się, spojrzała pod nogi i zobaczyła portfel? Złotą monetę? A może nawet skarb?

Ale rzeczywistość była o wiele bardziej prozaiczna: pod jej stopami znajdowały się tylko kawałki bagażu, zapomniane niedopałki i zardzewiała moneta.

Zdeterminowana, by się nie poddawać, kobieta poszła odwiedzić starą przyjaciółkę. Razem poszły na zakupy, usiadły przy kawie i długo omawiały znaczenie snu. Niestety, dzień ciągnął się bez większych wydarzeń.

Później Antonina Stiepanowna poszła do parku. Dzień dobiegał końca, niebo było ponure, a marzenia, niczym nadzieja na cud, zdawały się odległe i zapomniane.

W wieku sześćdziesięciu lat, po raz pierwszy poczuła się tak oszukana przez los.

Wlokła się do domu z pochyloną głową.

Oczywiście, Wasilij II czekał na niego w domu – jego jedyna radość, jego wierny przyjaciel. Jak zawsze, pozwolił się pogłaskać, przyjął smakołyk z umiarem, obejrzał tacę z królewską miną i skierował się w stronę telewizora.

Ale gdzie w tym wszystkim miłość? Jednak Wasilij II, podobnie jak jego poprzednik, zdawał się uważać okazywanie emocji za zbędne.

Jej myśli przerwał cichy pisk. Coś kryło się pod ławką, wśród śmieci i opadłych liści.

Albo ktoś. Dwoje przestraszonych oczu – jedno żółte, drugie szare – wpatrywało się prosto w jej oczy. Szczeniak i kociak skuleni w starym pudełku po butach. W pobliżu puste paczki po jedzeniu i dziecięca notatka:

„Dzisiaj jadę do rodziców. Prawdopodobnie do sierocińca. Mam 11 lat, nazywam się Wasia. Piesek Biełka i kotka Striełka to moi najlepsi przyjaciele.

Proszę, przygarnijcie je. Są słodkie i prawie nic nie jedzą”.

Na dole, nierównym, dziecięcym pismem, widniał adres, nazwa szkoły i dopisek:

„Nie dawajcie ich moim rodzicom. Proszę! Wrócę po nie!”.

Serce Antoniny Stiepanowny podskoczyło. To było jak okrutny żart. Usiadła na ławce, dysząc, próbując stłumić podniecenie. Zebrawszy odwagę, skierowała się w stronę adresu.

Dom wyglądał dokładnie tak, jak można by sobie wyobrazić z pisma na notatce: dwupiętrowy barak, dziury w oknach i smród pustki. W środku rozbrzmiewała głośna muzyka.

„Vassia tu mieszka? Jedenaście lat? Ma szczeniaka i kociaka?”

Mężczyzna, wyraźnie pijany, z zamglonymi oczami, odpowiedział:

„Dzisiaj trafił do domu dziecka. Co jeśli znowu zobaczę te stworzenia…”

Uniósł pięść, ledwo powstrzymując się od uderzenia.

„Co się stało, ciociu? Znowu ta opieka? Wynoś się stąd! I daj mi pieniądze! Kto mi teraz kupi piwo?”

Z mieszkania dobiegł krzyk pijanej kobiety:

„Synu, jak sobie tam poradzisz bez matki… Wasieńko…”

Antonina Stiepanowna wybiegła na ulicę, ledwo powstrzymując łzy.