Poznałem moją byłą żonę i prawie zzieleniałem z zazdrości

 

Poznałem moją byłą żonę i prawie zzieleniałem z zazdrości

Oleg zatrzasnął lodówkę z takim impetem, że półki w środku zadrżały. Jeden z magnesów spadł na podłogę z głuchym hukiem.

Lena stała naprzeciwko niego, blada, z zaciśniętymi pięściami.

„To wszystko? Czujesz się lepiej?” – wydyszała, unosząc brodę.

– Działasz mi na nerwy – głos Olega się załamał, choć starał się mówić ciszej. – Co my tu mamy za życie, co? Żadnych radości, żadnych perspektyw.

— Czyli znowu moja wina? — Lena się zaśmiała, ale ten śmiech był gorzki. — Oczywiście, u nas wszystko jest inaczej, jak w twoich fantazjach.

Oleg chciał coś odpowiedzieć, ale tylko machnął ręką. Otworzył butelkę wody mineralnej, upił łyk prosto z butelki i postawił ją na stole.

— Oleg, nie milcz — głos Leny drżał. — Powiedz mi chociaż raz wprost, co się stało?

— Co tu dużo mówić? — uśmiechnął się szeroko. — Gdybyś tylko… zrozumiał? Mam tego wszystkiego dość. Mam tego serdecznie dość!

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu Lena wzięła głęboki oddech i poszła do łazienki. Oleg usiadł na sofie. Słychać było szum wody w umywalce: Lena prawdopodobnie odkręciła kran, żeby zagłuszyć płacz. Oleg jednak złapał się na myśli, że już mu to nie przeszkadza.

***

Oleg i Lena pobrali się trzy lata temu. Mieszkali w mieszkaniu Leny, które odziedziczyła po rodzicach. Po przejściu na emeryturę przeprowadzili się do wiejskiego domu i zarejestrowali mieszkanie komunalne na nazwisko córki.

Mieszkanie, choć przestronne, przeszło skromny remont, a meble były niemal z czasów radzieckich.

Początkowo Oleg był zadowolony: w końcu mieszkanie znajdowało się niemal w samym centrum miasta, niedaleko od pracy, okolica była przyzwoita. Ale po sześciu miesiącach codzienna rutyna zaczęła go irytować.

Lena czuła się przytulnie w swojej rodzinnej twierdzy, z typową brązową tapetą i babciną komodą. Ale Oleg uważał, że wszystko jest zbyt zwyczajne.

— Len, no, wytłumacz się — zawsze zaczynał tę samą rozmowę. — Nie chcesz zmienić tego okropnego żółtego linoleum? Albo tapety? Zrobić wszystko nowocześnie, stylowo?

„Oleg, nie mamy teraz dodatkowych pieniędzy na większe naprawy” – odpowiedziała, starając się mówić cicho. „Oczywiście, chciałabym wszystko zmienić, ale poczekajmy na premię albo odłóżmy trochę”.

— Czekaj?! To całe twoje życie — czekanie, znoszenie.

Oleg często wspominał, jak poznał Lenę. Była skromną studentką, ale jej niebieskie oczy i nieskończenie życzliwy uśmiech urzekały go. Mówił swoim przyjaciołom: „Widzę w niej pączek kwiatu – kiedy się rozwinie, wszyscy będą wzdychać”.

Ale teraz wydawał się rozczarowany: „Nie rozwinęła się, wyschła u nasady” – myślał nieustannie, obserwując, jak Lena wyciera kurz z kruchych wazonów matki, karmi kwaśną śmietaną kociaka, którego podniosła z ulicy, czy prostuje ramki ze zdjęciami z dzieciństwa wiszącymi na ścianach.

Ale Lena nie czuła się jak „szara mysz”: po prostu żyła tak, jak uważała za słuszne. Cieszyły ją drobiazgi – nowa serwetka, spokojny wieczór z książką, filiżanka herbaty z miętą, ciepłe światło lampki stołowej. Oleg postrzegał to jako stagnację.

Jednak pomimo ciągłych narzekań, nie chciał się rozwodzić – w głębi duszy prześladowała go myśl, że w przeciwnym razie musiałby się wyprowadzić z wygodnego mieszkania do rodziców, z którymi zawsze był skłócony. Zwłaszcza że jego matka, Tamara Iljiniczna, w każdej kłótni stawała po stronie synowej.

„Synu, mylisz się” – powtarzała często. „Lena to wspaniała dziewczyna, mądra. Mieszkasz w jej mieszkaniu… więc bądź szczęśliwy”.

— Mamo, skąd wiesz? — mruknął Oleg. — Co ty w ogóle rozumiesz w tym życiu? Utkwiłaś, jak Lenka, w epoce kamienia łupanego.

Tamara Iljiniczna westchnęła: jej syn dawno się od niego odsunął. Jego ojciec, Igor Siergiejewicz, znając charakter Olega, powiedział tylko:

— Daj mu dojść do tego samemu, Tamar, nie zawracaj mu głowy.

W tym samym czasie Oleg wrócił do domu i zaczął się coraz bardziej wściekać: „Lena jest jak cień, jak szara mysz, i jeszcze przywiązała mnie do tego mieszkania” – powtarzał sobie. Podczas kolejnego skandalu krzyknął:

— Kiedyś widziałam w tobie piękny kwiat! A teraz co? Żyję z zamarzniętym pączkiem…

Lena po raz pierwszy od wielu miesięcy zapłakała.

***

I tak w ten upalny dzień – ten, który wszystko zapoczątkował – po raz pierwszy zaczęli poważnie rozmawiać o rozwodzie. Oleg stał przy oknie i patrzył, jak jego sąsiedzi z domu po drugiej stronie ulicy rozkładają swoje rzeczy na balkonie.

„Lena, jestem zmęczony” – powiedział cicho, nadal patrząc w szybę.

„Czy jesteś zmęczony… czym?” próbowała mówić spokojnie.

– Od tego życia, od naszych niekończących się kłótni. Zamknąłeś się w rondlach i serwetkach. Myślisz, że chcę tak marnować swoje lata?

Lena milczała przez chwilę, po czym wzięła worek ze śmieciami i wyszła na korytarz. Oleg usłyszał trzask drzwi. Miał nadzieję, że wróci za kilka minut, może się wytłumaczy. Ale Lena zniknęła na pół godziny i wróciła spokojniejsza.

„Wiesz” – powiedziała, opierając się o ścianę – „może naprawdę powinieneś zostać sam. Wprowadź się”.

„Nie ma mowy” – powiedział Oleg ostro, jakby go ktoś dotknął. „Właściwie nie planowałem wychodzić z domu”.

– Oleg, to nie twój dom. To mieszkanie moich rodziców – Lena uśmiechnęła się gorzko. – Powiedzmy sobie szczerze: nic nam nie wychodzi. Czas to przyznać.

Nie wiedział, co powiedzieć, więc wycofał się do swojego pokoju i usiadł przed laptopem. Ale myśl nie dawała mu spokoju: „Dokąd miałbym pójść? Do rodziców… moje stosunki z nimi są już napięte”.

Kłótnia wisiała w powietrzu i w kolejnych dniach wszystko się powtarzało: kłócili się o najróżniejsze drobiazgi, a u podłoża każdego skandalu leżało to samo – obojętność wobec żony, którą uważał za „szarą mysz”, zmieszana z lękiem przed utratą dachu nad głową.

Stopniowo doszło do tego, że Oleg wpadł w furię i sam złożył pozew o rozwód. „To ja decyduję, nie ona” – mruknął uparcie. „Przecież mam rodziców, mam dokąd pójść”. Spakował walizki i pojechał do Tamary Iljinicznej i Igora Siergiejewicza, choć bez większego entuzjazmu. Lena spokojnie zgodziła się na rozwód.

Zgłoszenia do urzędu stanu cywilnego — i wkrótce oficjalnie przestali być mężem i żoną.

***

Minęły trzy lata. Oleg przez cały ten czas mieszkał z rodzicami. Początkowo myślał: „Wezmę sobie kilka miesięcy wolnego i wrócę do normalnego życia: wynajmę mieszkanie, znajdę nową dziewczynę, która podzieli moje ideały”. Ale utknął jak w bagnie.

Z pracą wszystko było nudne: pieniędzy starczało tylko na skromne przyjemności.

A perspektywy nie były jasne. Rodzice narzekali, że ich syn ma już ponad trzydzieści lat, a on wciąż siedzi im na karku.

A potem, pewnego chłodnego wiosennego wieczoru, Oleg wracał ze spotkania z przyjacielem. Przechodził obok małej, przytulnej kawiarni, gdzie w oknie jasno paliły się światła.

Oleg postanowił zajrzeć do środka, żeby się ogrzać. Ale podchodząc bliżej, nagle zamarł: Lena stała w wejściu. Ta sama Lena, którą zostawił trzy lata temu w jej mieszkaniu.

Ale to była już inna kobieta: pewna siebie, schludnie uczesana, surowe, ale eleganckie ubranie i spokojny wygląd. W dłoniach trzymała kluczyki do samochodu. Sądząc po marce, nie były tanie.

„Wow…” pomyślał Oleg i nawet nie zauważył, jak do niej podszedł.

— Lena? — zawołał.

Odwróciła się, nie rozpoznała go od razu, ale od razu się uśmiechnęła. Oleg zauważył, że uśmiech nie był już taki sam jak wcześniej – nieśmiały i zawstydzony, ale prawdziwie spokojny i pewny siebie.

„Cześć, Oleg” – powiedziała. „Miło cię widzieć! Jak się masz?”

„W porządku…” poprawił szalik, czując się nieco zdezorientowany. „Widzę, że dobrze ci idzie.”

„Powiedzmy po prostu, że teraz żyję tak, jak zawsze marzyłam” – odpowiedziała Lena bez cienia patosu.

— Rozumiem… — Oleg przełknął ślinę, próbując stłumić narastającą zazdrość i gulę w gardle. — Ach… dobrze zrobione. Pracujesz tam, prawda?

– Nie, zmieniłam branżę. Otworzyłam własną pracownię florystyczną. Na początku się bałam, ale… – tu się uśmiechnęła. – Znalazłam kogoś, kto mnie wspiera.

„Kim jest ten człowiek?” – wyrwało mu się z ust.

Zanim Lena zdążyła odpowiedzieć, z drzwi kawiarni wyłonił się wysoki mężczyzna w płaszczu. Podszedł do Leny i objął ją ramieniem:

— Kochanie, jest wolny stolik, pójdziemy?

Lena zwróciła się do Olega i przedstawiła mężczyznę:

– To jest Wadim, poznajcie go. Wadim, to jest Oleg – uśmiechnęła się do mężczyzny, poruszona jego troską. – W każdym razie, Oleg, cieszę się, że cię widzę. Mam… nadzieję, że u ciebie też wszystko w porządku.

Oleg skinął głową, czując, jak w środku kipi burza. Patrząc na Wadima, nagle zrozumiał wyraźnie: Lena była zupełnie inna, nie ta „szara mysz”, za którą ją uważał. Rozkwitła jak kwiat, który sam opisał, ale nie z nim, a z kimś innym.

— Lena… — chciał powiedzieć coś w stylu «wybacz mi», ale wszystkie słowa utknęły mu w gardle. — Cieszę się twoim szczęściem, naprawdę.

„Dziękuję, Oleg” – odpowiedziała cicho, ale pewnie. „Dbaj o siebie”.

Wadim uśmiechnął się do Olega, skinął lekko głową i zniknęli za szklanymi drzwiami kawiarni. Oleg poczuł, jak zimny wiatr dosłownie przeszywa go na wylot. Zamknął na chwilę oczy i przypomniał sobie:

„Żyję z zamarzniętym pączkiem…” – kiedyś rzucił tym bezceremonialnie w Lenę. A teraz pączek rozkwitł, a on sam pozostał za drzwiami, dosłownie i w przenośni.

Przez duże okna kawiarni widać było Lenę i Vadima rozmawiających o czymś, śmiejących się. Patrzył na ich gesty, szczere uśmiechy i przyłapał się na myśli, że cały wieczór już mu się zmarnował.

I nie tylko wieczór – w jego duszy narastało poczucie pustki. Kiedyś mógł być dla Leny źródłem otuchy, zachęcać ją do zmian, wspierać w dążeniach. Ale on sam wybrał coś zupełnie innego.

Oleg, ze spuszczoną głową, odszedł od kawiarni. Prawdopodobnie, gdyby teraz się zobaczył, zrozumiałby, że zzieleniał – z zazdrości, z irytacji, a może i z bolesnego poczucia straconej szansy.